gromadzenie rzeczy zbieractwo
Przy kawie

Sentyment czy zbieractwo? – Czemu przywiązujemy się do rzeczy?

Rodząc się, nie mamy nic

Chyba każdy człowiek, posiada chociaż jedną rzecz, do której ma sentyment i nie chce się jej pozbyć. A przecież przychodząc na świat, nie mamy nic, niczego nie posiadamy i przynajmniej przez kilka lat wszystko dostajemy od innych. Wspominałam o tym, we wpisie, który poświęciłam przyszłym rodzicom, pisząc o tym dlaczego powinni czuć się wyjątkowo i dlaczego należy im się drobny prezent. Pisałam wtedy, że nie chodzi o prezent dla dziecka, bo ono swój dostanie. Tak już jest, że dając dziecku prezent, witamy je na tym świecie.

Jak to się dzieje, że już jako młode osoby, gromadzimy wokół siebie tyle rzeczy? Dlaczego czasem tak trudno się z nimi rozstać? Czy to, że tyle przechowujemy, to zbieractwo czy może sentyment? A może są też inne powody takiego zachowania? Może warto się nad tym zastanowić. Może czytając dalej, zobaczycie siebie…

Chęć posiadania czegoś własnego

Już jako dzieci, chcemy mieć coś swojego, coś czym nie chcemy się dzielić i to nie tylko z innymi dziećmi. Nawet, gdy przychodzi moment, że Rodzice mówią nam: “Już się tym nie bawisz, to jest na ciebie za małe, dajmy innym dzieciom”. Najpierw się godzimy, bo serduszko tak każe, ale potem płaczemy, tuląc zapomnianego już misia i próbując wcisnąć się w za małą piżamkę.

Nie do końca wiem, dlaczego tak jest, ale myślę, że człowiek jest zdobywcą. Od wieków polował, zbierał plony ziemi czy kamienie do budowy domu. Teraz już nie musimy tak robić, bo na “polowanie i zbiory” idziemy do sklepu, ale nadal czujemy się jak zdobywcy i gromadzimy nasze “łupy”. Wyobrażam sobie, że człowiek pradawny, gdy znalazł ciekawą kłodę, cieszył się z niej, był dumny, że to jego rzecz i starał się znaleźć dla niej zastosowanie. Może nawet miał do niej sentyment. Miał coś, co było jego i czym też nie chciał się dzielić.

zbieranie rzeczy

Sentyment do rzeczy z dzieciństwa

Nie tylko dzieci, nie chcą pozbywać się rzeczy z dzieciństwa. Bywa tak, że dorosła osoba, która szybko musiała dorosnąć, też chce zachować dzieciństwo w zgromadzonych rzeczach. Sentyment jakim darzy te przedmioty, nie pozwala się z nimi rozstać. Często robią tak osoby, które same szybko zostały Rodzicami lub muszą młodo zająć się swoimi Rodzicami, np. z powodu ich choroby.

Zdarza się też tak, że młoda osoba wchodząca w dorosłość, nie potrafi się odnaleźć w trudnym dla niej świecie. Przygnębiona odpowiedzialnością, woli wyciągnąć lalki czy samochody i bawić się w dorosłe życie. Takim osobom, naprawdę trudno jest pozbyć się rzeczy z dzieciństwa, które dawały poczucie beztroski. Ten czas już zawsze może budzić sentyment, zwłaszcza, jeśli dzieciństwo było szczęśliwe.

Jest jeszcze inny sentyment do dziecięcych rzeczy. Ten dotyczy raczej Rodziców lub Dziadków. Patrząc na to jakie rzeczy mają współczesne dzieci, to oni nie chcą się ich pozbywać. Bo takie ładne, bo aż żal: “Naprawdę tego nie chcesz? Może ci się jeszcze przyda”. Pamiętam jak sama z bólem serca, wyrzucałam niektóre zabawki moich dzieci, bo może bym przykleiła to kółeczko, nieważne gdzie ono jest… może się znajdzie….

sentyment do rzeczy z dzieciństwa

Sentyment do rzeczy z młodości

A potem przychodzi młodość, pierwsze przyjaźnie i miłości. Pierwsze ważne prezenty od innych i samodzielnie wykonane rzeczy, które naprawdę szkoda wyrzucić. Sentyment do nich na to nie pozwala. Sama mam takie do tej pory w kartoniku z napisem “Wspomnienia” i wiem, że nigdy ich nie wyrzucę, chociaż rzadko do nich zaglądam. Lubię wiedzieć, że mam coś takiego, co może przenieść mnie w tamte czasy.

Młodość, to chyba dla wszystkich pokoleń czas, do którego mamy największy sentyment. Już nie dzieci, które nic nie mogą, ale jeszcze nie dorośli, którzy tyle muszą. Potem jako dorośli ludzie, nie odróżniamy kolejnych lat, dziwiąc się często, że to już tyle minęło od wspominanego właśnie wydarzenia. Albo, że dzieci znajomych już dawno skończyły wszystkie szkoły, a przecież niedawno miały komunię. Niestety lata lecą tak, że tego nie zauważamy, tylko coraz trudniej domknąć szafę, tyle już zgromadziliśmy. Ale jak to się stało?

pamiątki z młodości

Sentyment do rzeczy ratuje wspomnienia

W międzyczasie byliśmy na tylu wycieczkach, co też miało wpływ na gromadzone przez nas rzeczy. Myślę, że wiele osób ma różne pamiątki z ciekawych miejsc, na widok których robi im się ciepło na sercu. Takie rzeczy ratują wspomnienia, przywołują na myśl miejsca, do których mamy sentyment i do których chętnie byśmy wrócili. Czasem taka pamiątka, pomaga choć na chwilę wrócić w myślach do miłych miejsc lub sytuacji.

Ale w naszym życiu poznajemy też wiele osób, które też często wspominamy. Z nimi również wiążą się różne przedmioty, może prezenty albo wspólne zakupy. Z prezentami, też jest ciekawa sytuacja, bo to często są rzeczy, które gromadzimy z szacunku do osób, które nam je podarowały. Bywa, że taki prezent nie jest mam do niczego potrzebny lub do niczego nie pasuje, ale jakoś trudno go wyrzucić czy oddać. Przecież “prezentów się nie prezentuje” (nie przekazuje dalej), bo nie wypada. Zwłaszcza jeśli wiemy, że osoba, która dała nam ten wazon, lubi nas odwiedzać, a w dodatku jest dumna, że wybrała taki ładny model.

Niestety jest jeszcze smutny rodzaj pamiątek… po osobach, które odeszły. Tak trudno czasem pozbyć się rzeczy po bliskich, bo pozwalają o nich pamiętać. Boimy się, że jeśli coś wyrzucimy, to tak jakbyśmy zapomnieli. Zdarza się, że długie lata, nie mamy na to siły. W niektórych przypadkach, smutek jest tak duży, że może zmienić się w chorobę. Zamiast pozbywać się rzeczy pozostawionych przez bliskich, gromadzimy nowe, zapełniając pustkę, jaka po nich pozostała. W ten sposób, chcemy pielęgnować wspomnienia.

sentyment do miejsc i ludzi

Ukochane “Przydasie”, ale gdzie to schowane?

Często za nasze zbieractwo, nie są odpowiedzialne, ani wspomnienia, ani sentyment, tylko zwykły rozsądek. “Przecież to na pewno się przyda. Nie wiem kiedy, do czego i ile razy, ale przyda się na pewno.” Mam nadzieję, że każdy człowiek ma taką szufladę z napisem “Przydasie”, bo ja mam i to niejedną. Moje “Przydasie” upycham w różnych miejscach, w zależności od tego, do czego mają się przydać.

Problem z “Przydasiami”, polega na tym, że wtedy kiedy okazuje się, że naprawdę ich potrzebujemy, nie wiemy, gdzie ich szukać. Zaczynamy nawet zastanawiać się, czy na pewno je zostawiliśmy, czy tylko mieliśmy taki zamiar. Z reguły znajdują się, gdy już nie są potrzebne, wtedy nawet potrafimy się na nie obrazić “Dzięki, już nie potrzebuję”, jakby to one były winne, naszej “niepamięci”.

“Przydasie” lubią też być schowane, w takich miejscach, że jak sobie pomyślimy ile musimy włożyć pracy, żeby wyjąć ten metr kabelka, to wolimy kupić nowy. Ja tak mam z materiałem na prześcieradła, który kiedyś od kogoś dostałam. To musiało być naprawdę dawno, bo teraz nie robi się już takich prezentów. Wiem, gdzie mam ten materiał, wiem, że starczyłoby go na trzy duże prześcieradła, wiem, że zajmuje dużo miejsca, ale jak potrzebowałam nowe prześcieradła, to po prostu kupiłam. Nie dość, że do tego materiału, musiałabym się długo dokopywać, to jeszcze musiałabym te prześcieradła uszyć. Tak więc materiał leży, bo może się przyda, ale nie zdziwię się, jak już do niczego się nie nadaje.

szuflada przydasie sentyment

To nie sentyment, tylko oszczędność

Bardzo często zbieramy rzeczy z oszczędności i to jest całkiem normalne: “A po co mi nowe? Przecież to dobre”. Zdarza się, że dana rzecz jest już podniszczona, może nam się znudziła, może coś nie pasuje do wystroju mieszkania, czy po prostu wyszło z mody. Wychodzimy z założenia, że dopóki jest dobre, to niech posłuży jeszcze, jak się zepsuje, to kupimy nowe. Chociaż pewnie nie tak szybko, bo przecież mamy jeszcze trzy czajniki, których już nie chciały nasze nowoczesne dzieci, a które my uchroniliśmy przed wyrzuceniem.

Często tak zachowują się osoby, które pamiętają czasy wojny lub lata zaraz po niej, związane z biedą. Pokolenie młodsze, ale już nie młode, czyli moje, pamięta trudne czasy 80-te, kiedy sklepy świeciły pustkami. Mnie jako dziecku lat 80-tych, nie doskwierał brak kawy, bo jej nie piłam. Stałam po nią często, nawet “obracając” kolejkę kilka razy, dla mojej Mamy. Wtedy Mama, nie mogła żyć bez kawy, a ja tego nie rozumiałam. Teraz, kiedy kawa jest łatwo dostępna, Mama już jej nie pije, głównie ze względu na wiek (83 lata). Za to ja bez kawy, mogę kogoś zagryźć. Wypijam dwie naprawdę mocne kawy dziennie.

W latach 80-tych, nie potrzebowałam też maszyny do szycia, po którą moja Mama, stała kilka miesięcy, odhaczając codziennie listę obecności. Ktoś, to jeszcze pamięta? Ja jako dziecko, najbardziej zapamiętałam, brak możliwości kupienia budyniu. Budyń, kisiel, galaretka i inne takie cuda, wprawdzie były dostępne w sklepach, ale tylko dla dzieci chorych na celiakię. Wtedy na moich dziecięcych ramionach, siedziały, aniołek i diabełek. Anioł kazał współczuć choroby tym dzieciom, a diabeł się buntował i zazdrościł im, że mogą kupić i zjeść budyń.

sentyment do staroci

Nadmiar nie uczy szacunku do rzeczy

Wszystkie osoby, które miały takie doświadczenia, bardziej szanują przedmioty, bo wiedzą, jak trudno kiedyś było je zdobyć. A jak już się udało, to rzeczy te musiały posłużyć na dłużej. Dlatego często przechowujemy coś, czego i tak od lat nie używamy. Teraz w sklepach jest wszystko, a nawet więcej i sprzedawcy czasami wręcz błagają, żebyśmy coś kupili (wierzcie, wiem coś o tym). Mając wszystkiego pod dostatkiem, nie potrafimy szanować rzeczy i już tak się nie przywiązujemy. Do niewielu rzeczy czujemy sentyment. No, bo po co przywiązywać się do kubka, skoro za chwilę, spodoba nam się inny, a ten nam się znudzi. Ja (nie wiem czy dobrze, czy źle), często mam tak, że pamiętając tamte czasy, nie chcę się czegoś pozbywać. Często pamiętam też, kiedy i jak zdobyłam jakąś rzecz i to do tych rzeczy mam szczególny sentyment. 

Jak książka nauczyła mnie szacunku do rzeczy

Moje “zbieractwo” wzięło się też z innego powodu, a wpływ na to miała jedna z książek, którą przeczytałam w dzieciństwie. Była to książka – bajka p. Anny Lewkowskiej pt. “Silna grupa ze śmietnika”. Opowiadała o “życiu” zwykłych przedmiotów codziennego użytku, kiedy przestaną już być potrzebne człowiekowi i trafią na śmietnik. Np. co “myśli i robi” zegarek jak zostanie wyrzucony, w sumie to fajne, ale trochę namieszało mi w głowie.

Nie sądziłam, że ta książka tak wpłynie na moje życie. Nadal ją przechowuję, lubię do niej wracać i mam do niej sentyment. Dzięki niej bardzo szanuję wszystkie przedmioty i nawet gadam do nich. Jakoś bardziej doceniam ich niezbędność w życiu. Jestem wdzięczna za to, że są i za to, że ktoś je wymyślił oraz za to, jak bardzo ułatwiają nam życie. No, bo wyobraźcie sobie życie bez łyżki, długopisu czy grzebienia. Wiem, że kiedyś ich nie było i ludzie żyli, ale czy teraz nie jest łatwiej?

rzeczy codziennego użytku

Sentyment do grzebienia

A co do grzebienia, mój ma własną historię, którą lubię opowiadać. Kupiłam go w 1988 roku, szok nie?  Właśnie kończy 33 lata!!! Już widzę to Wasze oburzenie: “A fuj jaki on brudny”. Nieprawda, myję go często. Ma szeroki rozstaw zębów, więc łatwo dbać o jego czystość. Przyznam się Wam, że w międzyczasie próbowałam zmienić go nowy i to parę razy. Ale żadnym nie czesze mi się tak dobrze jak tym. To jest najważniejsza rzecz, którą pakuję na każdy wyjazd, wszystko inne mogę kupić, jego nie.

Przez te 33 lata stracił całkiem kolor, był neonowo różowy, teraz jest bladoróżowy. Nikt mi nie wierzy, że kiedyś miał tak intensywny kolor. Stracił też dwa zęby, pierwszy i ostatni oraz jeden ukruszył. Najlepsze jest to, że stracił je gdy miał 24 lata i to w odstępie kilku miesięcy. Dwa razy spadł na kafelki w mojej poprzedniej pracy. Mimo tej “ułomności” nadal go używam i mam nadzieję, że jeszcze długo ze mną będzie. Jeśli go nie zgubię, tylko będę musiała go wymienić (jak straci więcej zębów), to na pewno go nie wyrzucę. Podziękuję mu za to, że mi służył i schowam na pamiątkę. Zdawaliście sobie sprawę, że można mieć taki sentyment do grzebienia?

stary grzebień przywiązanie do rzeczy

Jeśli chodzi o dziękowanie przedmiotom, za to, że mi służyły, to robię tak często z różnymi przedmiotami, przeważnie z długopisami. Zdarza się, że zamiast wyrzucić z hukiem, kładę delikatnie do śmietnika, okazując wdzięczność. Nawet jeśli uważacie, że jestem stuknięta, to nie szkodzi, ja nadal będę tak robić.

Zobaczcie, jak przeczytana w dzieciństwie książka, czy inne zdarzenie, może wpłynąć na dalsze życie. Nie jest też tak, że przywiązuję się tak bardzo, że nic nie wyrzucam. Może po prostu bardziej staram się wszystko szanować, żeby na dłużej starczało, naprawiam jeśli się da. Może to też wpłynie na mniejszą ilość śmieci. Nie idę za modą na zero waste i tą całą ekologią, o której teraz tak dużo się mówi. Mam tak od dziecka, może autorka tej książki pisząc ją, marzyła o tym, żeby po jej przeczytaniu, chociaż jedna osoba, zastanowiła się nad każdą wyrzucaną niepotrzebnie rzeczą. W moim przypadku jej się udało.

Ana

Może zechcesz komuś polecić...

2 komentarze

  • anatol

    Pani Anno, temat jest ciekawy ale ilość błędów interpunkcyjnych, stylistycznych i innych w tekście uniemożliwia jego czytanie. Nie wiem skąd u Pani takie problemy ze słowem pisanym ale warto nad tym popracować jeśli blog jest skierowany do szerokiego odbiorcy, a nie jako alternatywa szuflady. Pozdrawiam

    • anana

      Dziękuję za komentarz. Mam świadomość błędów, które popełniam mnie również one rażą. Wracam do opublikowanych wpisów i poprawiam je kiedy tylko czas mi na to pozwala. Przepraszam jeśli trudno się je czyta, ale dla mnie ważniejsze jest to co chcę przekazać. Pozdrawiam

Dodaj komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany. Wymagane pola są oznaczone *