
Skończyłam 50 lat… – Teraz już z górki, czyli łatwiej!
“Starzy ludzie” też mogą być szczęśliwi
Wczoraj skończyłam 50 lat… a dzisiaj znów wstało słońce. Piszę o tym z uśmiechem, bo gdy moja Mama kończyła 50 lat, a ja byłam nastolatką (miałam 15 lat), to przepłakałam cały dzień. Dziwiłam się czemu wszyscy są tacy radośni i jak rodzeństwo Mamy może się tak dobrze bawić na jej urodzinach. Przecież ona głupia nie jest i wie, że już mniej życia przed nią, niż za nią (wiem, że zdarzają się wyjątki).
Wtedy mój głupiutki, nastoletni rozumek nawet nie próbował sobie wyobrazić, że “tak starzy” ludzie też mogą być szczęśliwi i że wszystko co dobre przychodzi z wiekiem. Na kobiety około 20-tki mówiłam “facetki” i byłam pewna, że najpóźniej w wieku 25 lat zetnę moje długie włosy, bo tak “starej babie” nie wypada mieć długich włosów. Wyobrażałam sobie też, że 40-letnie ciało jest już tak pomarszczone, że seks musi być obrzydliwy.
Teraz wiem, że z każdym kolejnym tortem zbieramy doświadczenia. Z wiekiem inaczej patrzymy na świat i coraz bardziej też zauważamy siebie. I chociaż bywają trudne dni, potrafimy cieszyć się z tego co mamy i z nadzieją czekamy na to co jeszcze przyniesie życie. Każda kolejna dekada czegoś nas uczy i daje inne doznania. Sprawia, że jesteśmy wdzięczni za to, co udało nam się przeżyć. Bywa, że jesteśmy z siebie dumni.

Nastolatka – beztroska, młoda dziewczyna
Moją nastoletnią młodość bez komputerów i komórek wspominam bardzo “fajnie”. Dane mi było przeżyć ją w latach 80-tych i 90-tych. I chociaż to nie był najlepszy czas w Polsce, ja i chyba większość mojego pokolenia, wspominam go ciepło. Cieszę się, że właśnie wtedy wypadła moja młodość. Już coś mogłam zapamiętać, ale nie musiałam się martwić o to, czym wypełnić lodówkę. Zresztą dla wielu wypełnienie kuchni lodówką, już było wyzwaniem. Ale nie było to moim zmartwieniem, chociaż często stałam w kolejkach i nawet to lubiłam.
Mnie bardziej interesowało zbieranie plakatów z gazet, słuchanie “Listy Przebojów Trójki”, czy polowanie na ciuchy i przerabianie ich po swojemu. No i oczywiście spotkania ze znajomymi, dla których było o wiele więcej czasu niż teraz. Bardzo cieszę się, że tak już jest, że najbardziej pamiętamy młodość, bo dla mnie był to “fajny” czas. Myślę, że to dlatego: “Młodzież to już nie dziecko, które nic nie może, ale i nie dorosły, który tyle musi.” Bardzo lubię to zdanie, nawet nie wiem, gdzie je usłyszałam.

Dwudziestolatka – czuje, że musi dorosnąć
Około 20-stki poczułam, że coś muszę: iść do pracy, wyjść za mąż, urodzić dzieci… To właśnie wtedy czułam się w obowiązku rozpocząć moje dorosłe życie. Wyruszyłam więc w drogę, zbierając bagaż życiowych doświadczeń. Uważałam, że to czas, kiedy muszę coś osiągnąć, na coś się przydać, bo przecież żyję po coś. Porównywałam się też do rówieśników i trochę żyłam pod presją.
Do pracy poszłam zaraz po szkole, miałam wtedy 19 lat. Za mąż wyszłam w wieku 23 lat, więc plan pomału się realizował, a ja czułam się szczęśliwa. W wieku 25 lat urodziłam 2 córki, bliźniaczki. Ponieważ było to całkiem naturalne, poczułam się dumna i wyjątkowa, bo jak powiedziała jedna z mam bliźniąt: “To dar dany przecież nie każdej kobiecie”. To co zaplanowałam sobie na tą dekadę życia, zostało zrealizowane. Ale były też trudne lata, bo szukając pracy po okresie wychowawczym, trafiłam na największe bezrobocie. Ta sytuacja też wiele mnie nauczyła. Potem byłam wdzięczna za każdy dzień w nowej pracy, którą znalazłam w wieku 29 lat.

Trzydziestolatka – chce czuć się spełniona
Spełniona i szczęśliwa zaczynałam kolejną dekadę życia. Gdy obchodziłam 30 urodziny byłam z siebie bardzo dumna. Latałam z tortem po całym zakładzie pracy i wszystkim się chwaliłam, że mam 30 lat. Jestem jeszcze młoda i już coś osiągnęłam, a przecież tyle jeszcze przede mną.
Już tak bardzo nie przejmowałam się tym, że muszę coś zrobić. Myślę, że bardzo duży wpływ na to miał fakt, że zostałam mamą, bo wcześniej to było najważniejsze. Trochę mniej też porównywałam się do innych. Wiedziałam, że byli też tacy, którzy osiągnęli dużo więcej, ale nie przeszkadzało mi to bardzo. Tą dekadę życia bardzo dobrze wspominam, zwłaszcza, że w międzyczasie zrobiłam prawo jazdy i otworzyłam własną firmę. I chociaż nie czułam już takiej presji to myślę, że to był czas, w którym żyłam najszybciej, tak jakbym ciągle musiała coś gonić. A może po prostu przestałam bać się dorosłości i wbiegłam w nią pewniej?..

Czterdziestolatka – wie, że też jest ważna
Kiedy skończyłam 40 lat zaczęłam zauważać siebie. Nie wiem, czy to dlatego, że moje nastoletnie córki zrobiły się bardziej samodzielne, czy po prostu uznałam, że mniej już muszę. Zaczęłam rezerwować czas tylko dla siebie. Spędzałam go w ulubiony sposób, który zależał od tego, na co miałam ochotę. Dopiero wtedy bardziej wróciłam do słuchania muzyki, która nie wiem czemu wcześniej zaczęła mi przeszkadzać. Może byłam nastawiona na nasłuchiwanie płaczu i krzyku dzieci.
Dopiero po 40-stce zauważyłam, że trochę zwalniam i nie dlatego, że nie mogłam złapać tchu. Po prostu uznałam, że mogę sobie na to pozwolić. Wtedy też zaczęłam bardziej siebie poznawać i dostrzegać to co lubię. Coraz częściej czułam się spełniona i szczęśliwa. Polubiłam chwile ciszy i samotności, więc starałam się ich szukać. To był mój czas na poznawanie własnych myśli i rozmowę ze sobą, który sprawiał, że coraz bardziej siebie lubiłam: “Moja chwila samotności – uciekam, bo lubię swoje towarzystwo”.

Pięćdziesięciolatka – może, ale nie musi
Teraz gdy skończyłam 50 lat myślę, że jest już z górki, czyli powinno być łatwiej i przyjemniej. Czuję, że więcej mi się należy i nic już nie muszę, oczywiście upraszczając. Nie muszę chodzić do szkoły i uczyć się na siłę tego, czego nie chcę. Ale mogę i chcę uczyć się tego, co mnie interesuje. Póki co nie wybieram się do żadnej “Szkoły Trzeciego Wieku”, ale uczenie się prowadzenia bloga w tym wieku, nadal mnie fascynuje.
Nie muszę rodzić i wychowywać dzieci, chociaż moim dorosłym córkom nadal chętnie poświęcam dużo czasu. Za to jak los da, mogę rozpieszczać wnuki i uczyć je świata, nie biorąc na siebie obowiązku ich wychowywania.
Częściej też odpuszczam sobie rzeczy, które kiedyś uważałam za obowiązkowe, a słońce nadal wschodzi, więc uznałam, że nie muszę ich robić. Kiedy mam chwilę na relaks, to nie myślę o “niezbędnych rzeczach” do zrobienia, bo i tak w większości tylko ja wiedziałam, że je zrobiłam, a reszcie było to obojętne. Dlatego teraz bardziej cieszę się przyjemnościami i częściej sobie na nie pozwalam: “Relaksująca chwila przy kawie – to Ci się należy”.

Co się zmieni po 50-tych urodzinach?
Co się jeszcze zmieni od wczoraj? Tego nie wiem. Mama składając mi życzenia powiedziała, że zmieni się tylko jedno: za mną już wszystkie “stki” i pozostały mi tylko “siątki”. Ja natomiast wiem, że jestem pewniejsza siebie i coraz bardziej siebie lubię. Potrafię patrzeć w lustro i chwalić się za swoje osiągnięcia. Potrafię też dodać sobie otuchy i być z siebie dumna. Znam swoje zalety, ale widzę też wady i umiem przyznać się do błędów. Nie udaję, że wszystko już wiem i staram się pracować nad sobą, by było jeszcze lepiej.
Nie zetnę włosów, nie wydłużę spódnic i nadal będę dbać o siebie na tyle, na ile będzie mi to potrzebne. Póki co nie muszę zmieniać nic na siłę. Chociaż przyznam się, że coraz częściej lubię porównywać się do innych “starszych pań” w wieku podobnym do mojego. Niestety nie zawsze dobrze się to kończy, ale i tak staram się być z siebie dumna i cieszyć się, że nie jest gorzej. A jak wyglądałam rok i pół roku temu, pokazywałam w “Efekty odchudzania z dietą ONZ – podsumowanie pamiętnika”.
Uświadomiłam sobie, że jedyne co się zmieni (póki co), to znaczek na moim kremie. Tydzień temu z pełną świadomością kupiłam ostatni krem do twarzy 45+ (jeszcze trochę mi posłuży). A następnym razem zrobię pół kroku w bok i złapię krem ze złowieszczym znaczkiem 50+. Czy to zaboli? Nie wiem. Właśnie pomyślałam sobie, że może byłoby bardziej miło, gdyby oznaczenia wieku były przedstawiane w inny sposób np. kwiatami… A tak, chyba tylko ta 50+ na kremie w mojej łazience, będzie przypominała mi o moim “podeszłym wieku”.

Czy warto żałować tak przeżytych lat?
Czy czegoś żałuję? Pewnie tak, ale nie na tyle, by miało mi to spędzać sen z powiek. Może mogłam wybrać inną drogę, ale tak potoczyło się moje życie i jest całkiem nieźle. Wiem, że życie często zależy od nas samych, ale w dużej mierze zależy od tego, gdzie zostaliśmy wychowani oraz od różnych przypadków i wyborów.
Czasami zastanawia mnie, jak ktoś osiągnął sukces, zwłaszcza wtedy gdy życiowe wybory dokonywały się w jego dzieciństwie. O ile można sprawdzić jak dziecko rysuje, czy śpiewa, o tyle innych rzeczy nie da się tak po prostu przewidzieć. Skąd rodzice wiedzą, żeby skierować dziecko właśnie w daną stronę? Może gdybym nawet już w dorosłym życiu czegoś spróbowała, to potoczyłoby się ono inaczej? Dlatego często sobie powtarzam, że byłabym świetną łyżwiarką figurową, gdym chociaż raz w życiu ubrała łyżwy.

Po 50-tce, to już z górki i będzie łatwiej
Obecnie w moim życiu szykuje się rewolucja, która trochę mnie przeraża. Chciałabym jednak zostać optymistką, którą zawsze starałam się być. Nigdy nie martwiłam się na zapas i mówiłam sobie, że martwić się będę wtedy, gdy będę miała powód. Teraz też dumnie i z uśmiechem podniosę głowę, bo moje doświadczenia sprawią, że schodząc z życiowej górki, powinnam mieć łatwiej. Wiem też, że mogę liczyć na moją rodzinę, a zwłaszcza na męża i córki. A doświadczenia, które zbiorę pomogą mi w przyszłości przejść przez kolejne dekady, których mam nadzieję jeszcze trochę przede mną.
Wczorajszy dzień przeżyłam spokojnie, trochę z pokorą chyląc głowę. Ale był też czas na radość i zadumę. Nie obchodziłam hucznych urodzin, ale przez pół nocy słyszałam imprezę urodzinową córki sąsiadki, która też urodziła się 09 stycznia, tylko 26 lat później. Dziwnie się czułam słysząc jak śpiewają jej 100 lat. Nie było mi smutno, raczej nostalgicznie i trochę wzięło mnie na wspomnienia. Przy okazji przypomniałam sobie jak pisałam “Wspomnienia z młodości – pierwszy “Blog” i inne “Twarzo-zeszyty”.

Nadal czuję się młodo, mimo 50 lat
Tak na koniec mam jeszcze małą anegdotę na temat wieku, która naprawdę się wydarzyła i świadczy tylko o tym, że nie czuję się na swój wiek. Sytuacja miała miejsce jakieś pół roku temu: Koleżanka, która jest ode mnie rok młodsza i ma sklep obok mojego, musiała go na chwilę zamknąć i gdzieś wyskoczyć. W międzyczasie szukała jej klientka. Gdy koleżanka wróciła powiedziałam jej o tym, a ona spytała czy ta klientka była koło 50-tki, bo z taką była umówiona. Na jej na to: “Nie, była młodsza, taka w naszym wieku”. Gdy koleżanka przypomniała mi jaki jest “nasz wiek”, nieźle się uśmiałyśmy. No cóż, jak wspominałam, że ta 50-tka to tylko na kremie, w ogóle jej nie czuję. I mam nadzieję, że ten stan jeszcze długo się utrzyma.
A wieczorem przed urodzinami mój zegar w salonie zrobił mi prezent i stanął na godz. 19’50. Może chciał być dla mnie miły i “myślał”, że nie zauważę, że już wybiła północ, a mi stuknęła 50-tka. Uznałam, że to miły przypadek i taki żart od losu, który sprawił, że się uśmiechnęłam. Z wiekiem coraz częściej dostrzegam drobiazgi, które mnie cieszą i to mi się podoba.
Ana

