
Blaty i podłoga w mojej kuchni – dlaczego tak wybrałam
Blaty kuchenne rzucają się w oczy
W jednym z ostatnich wpisów, pokazałam, jak wyglądał mój własny projekt kuchni, w której najważniejsze są, granatowe szafki kuchenne. Tym razem chcę Wam napisać, jakie blaty do nich dobrałam i czemu postawiłam na taki właśnie wybór. Nie pisałam o tym wcześniej, bo najpierw chciałam zakończyć temat samych szafek. Dlatego pokazałam już, jak zorganizowane są moje szafki w środku, tak żeby organizacja kuchni była dla mnie wygodna i wszystko było pod ręką. Pokazałam też, jak zmieniłam funkcjonalność niektórych szafek cargo, żeby były jeszcze lepsze. A teraz przyszedł czas na blaty, które są zwieńczeniem moich granatowych szafek, to taka korona, dopełniająca całości. Wybierając blaty, musiałam pamiętać o ich funkcjonalności oraz o tym, że blaty zajmują dużo miejsca i rzucają się w oczy tak samo jak szafki.
Projektując szafki kuchenne pod zabudowę, myślałam, że to jest ta najtrudniejsza rzecz, którą muszę wykonać, żeby moja kuchnia, była taką o jakiej marzę. Owszem szafki kuchenne, to podstawa, zajmują najwięcej miejsca, ale są też inne ważne elementy, które pierwsze wpadają w oko i narzucają styl pomieszczenia. Dlatego tym razem przedstawię moje blaty i podłogę, pokażę też parapet. W kolejnym wpisie, skupię się na pozostałych elementach, takich jak panel na ścianę czy sprzęty kuchenne.

Blaty do granatowych szafek kuchennych
Kiedy moje szafki kuchenne już się produkowały, miałam trochę czasu, żeby wybrać do nich blaty, które są ich wykończeniem. Ponieważ do dolnej zabudowy, wybrałam granatowe szafki kuchenne, wiedziałam, że blaty muszą być jasne. Bałam się, że ciemne szafki i ciemne blaty, sprawią, że cała kuchnia będzie ciemna. Jasne blaty miały za zadanie wszystko rozjaśnić. I powiem Wam, że to był dobry wybór, bo miałam okazję zobaczyć moje granatowe szafki bez blatów. Wtedy kuchnia była bardzo ciemna, smutna, wręcz ponura.
Skoro już wiedziałam, że szukam jasnych blatów, odrzuciłam wszystkie “salcesony”, jak nazywam te blaty, z przesadzonym żyłkowaniem i inną “ciapaniną”. Odrzuciłam też, wszystkie blaty z drobinkami złota, brokatu i innymi kolorowymi dodatkami. Nie chciałam również blatów całkiem gładkich. Po pierwsze, bo gładkie blaty, mi się nie podobają, a po drugie, wszystko na nich widać. I tak drogą eliminacji, zostały mi dwa blaty. Jeden przypominający marmur i drugi przypominający granit. Ponieważ marmur, kojarzy mi się bardziej z ekskluzywnym wyglądem, to nie pasował mi do wiejskiego stylu kuchni, jaki sobie wymarzyłam. Kamień bardziej kojarzył mi się z wsią, więc wybrałam “jasny granit”.

Blaty przypominające drewno
Przyszedł czas, na wybór blatu na wyspę – stół, w mojej kuchni. Czemu chciałam dwa różne blaty? Sorry, ale granit na stole, kojarzyłby mi się z katafalkiem, nie wiem dlaczego. Moja kuchnia, miała mieć prawdziwy duży stół, z drewnianym blatem, taki jaki widywało się na wsiach, oczywiście tych z dawnych lat. I chociaż wiedziałam, że nie wybiorę blatu z prawdziwego drewna, o czym napiszę później, to chciałam, żeby blat, jak najbardziej je przypominał. Dlatego odrzuciłam wszystkie blaty, z małych sklejek, listewek czy innych zlepków. Przecież drzewo po przecięciu, tak nie wygląda. Nigdy mi się to nie podobało. Nie lubię też takich desek do krojenia czy innych drewnianych rzeczy. Drzewo w środku ma słoje i sęki, więc po przecięciu, powinno być je widać. I takie drewno podoba mi się najbardziej.
Wiedziałam już, czego szukam i oglądałam tylko blaty, wyglądające jak szeroka deska. Spodobało mi się kilka, głównie takie blaty, które przypominały przecięty dąb lub sosnę. Ponieważ trudno zobaczyć, jak będzie wyglądał cały duży blat, mając do wglądu tylko kawałek próbki, weszłam na stronę producenta, żeby, lepiej obejrzeć wybrane blaty. Wiem, że w sklepach nie ma miejsca na duże próbki materiałów, ale jeśli chodzi o wycinek czegoś, co w całości może mieć też inne wzory, to mały kawałek nie wystarcza. A może jest wycięty akurat ten, co mi się najmniej lub najbardziej podoba, a w całości wygląda inaczej?
Gdy na stronie producenta, zobaczyłam jak wyglądają całe wybrane przeze mnie blaty, od razu zakochałam się w jednym z nich, nazywał się “dąb odwieczny”. Oczami wyobraźni widziałam, jak piękna będzie moja kuchnia z takim blatem pośrodku. Nie mogłam przestać o nim myśleć, nie chciałam żadnego innego. Wiedziałam już, że to ten blat zdefiniuje pomieszczenie i resztę muszę dopasować do niego, żeby moja kuchnia, była spójna, bo przecież wszystko powinno do siebie pasować.

Piękny drewnopodobny stół – wyspa
Kiedy mój “dębowy” blat, został już zamontowany na stole, byłam przeszczęśliwa. Na żywo wyglądał jeszcze piękniej. Po wyjściu ekipy montującej kuchnię, prawie położyłam się na stole i zachwycałam jego wyglądem. Wiem, że mój “dębowy” blat, nie musi się wszystkim podobać, ale ja nadal jestem w nim zakochana. Na początku, wchodziłam często do kuchni, tylko po to, żeby na niego popatrzeć. A i teraz lubię to robić. Skoro, tak bardzo mi się podoba, to czemu nie jest też na szafkach? Chciałam, żeby stół się wyróżniał, no i byłoby za dużo drewna, a ja wolałam postawić na drewnopodobną podłogę.
Często pokazuję Wam mój stół, bo robię na nim większość zdjęć na bloga. Ale zdjęcia zależą od światła oraz od tego co leży na stole. Dlatego ten sam blat, na różnych zdjęciach, może wyglądać inaczej. Zresztą w tym wpisie, też widać, jak różnie wyglądają te same elementy na różnych zdjęciach. Mój blat, został również wykorzystany jako tło do nagłówka bloga, ale tutaj specjalnie, zmieniłam jego odcień, żeby wyglądał na bardziej rozmyty i postarzany. Dlatego, teraz pokażę, jak mój stół, wygląda w całości, chociaż pokazywałam go już w innych ujęciach, w kilku wcześniejszych wpisach.

Sztuczne blaty, jak prawdziwe
Od początku wiedziałam, że moje blaty, będą ze sztucznych materiałów. Po pierwsze chodzi o cenę, a po drugie, o wygodę użytkowania. Blaty z naturalnych surowców, często wymagają szczególnego traktowania. A moja kuchnia ma być funkcjonalna, a nie przypominać muzeum, w którym dbam o eksponaty. Bardzo zraziły mnie blaty, z prawdziwego drewna, które zobaczyłam na ekspozycjach w kilku sklepach. Widziałam jak bardzo były zniszczone, zwłaszcza na brzegach. Wyobraziłam sobie każde wgniecenie, zadrapanie czy przecięcie nożem. Tak wiem, od tego są deski, ale to w teorii, a w życiu? “Oj tam, ja tylko plasterek cytryny”. Swoją drogą sok z cytryny, też może narobić niezłego bałaganu na blacie z naturalnego materiału.
W sztucznych blatach, podoba mi się to, że coraz bardziej przypominają naturalne materiały. To już nie są blaty z lat 80-tych, czy 90-tych, z laminowanej płyty wiórowej, czy innej dykty. Teraz blaty często w dotyku i strukturze, przypominają te naturalne materiały, których są imitacją. Tak więc mój blat na szafkach, naprawdę wygląda jak jasny granit. W dotyku również jest trochę szorstki, jak prawdziwy kamień. Tym co się wystraszyli, że taka struktura łatwo się brudzi, wyjaśniam, że blat jest na tyle gładki, że nic nie wchodzi w żadne rowki i łatwo się go myje. Po blisko dwóch latach użytkowania, jestem z niego bardzo zadowolona.

To samo dotyczy, blatu na stole. Zarówno strukturą jak i wyglądem przypomina prawdziwe drewno. Bardzo lubię go dotykać, bo czuję jakbym dotykała lekko lakierowanego drewna. Mam wrażenie, że jest cieplejszy w dotyku niż ten granitowy. Pewnie, to złudzenie zakodowane w mózgu, bo prawdziwe drewno też jest cieplejsze w dotyku niż kamień. No chyba, że producent naprawdę o to zadbał. Również w przypadku tego blatu, muszę powiedzieć, że blat bardzo dobrze się sprawdza, mało się brudzi i łatwo się myje. Przyznam się tylko, że na początku bardzo delikatnie go myłam, bo się bałam. Teraz oba blaty myję codziennie gąbką z płynem do naczyń i raz na tydzień, stosuję mocniejszy detergent.

Drewnopodobne płytki na podłodze
Jak wspominałam, mój drewniany blat na stole, był najważniejszym elementem. Teraz do niego, musiałam dopasować resztę. Ale pamiętajcie, że nadal, nie widziałam blatu na żywo i nie mogłam wziąć ze sobą nawet próbki z innego sklepu. Musiałam zaufać zdjęciom w telefonie i mojej pamięci. Całe szczęście mam bardzo dobrą pamięć wzrokową i dużo potrafię sobie wyobrazić. Wiem, że to na pewno bardzo mi pomogło osiągnąć to, co planowałam, chociaż na efekt końcowy czekałam, kilka długich miesięcy. Uważam, że dobór wszystkiego do siebie, kiedy zakupu dokonujemy w różnych miejscach, jest naprawdę bardzo trudny i ryzykowny. No bo co, jeśli nie trafimy? Na szczęście mi się udało, ale trochę nocy nie przespałam.
Pierwszą i najważniejszą rzeczą, którą musiałam teraz dopasować, była podłoga, która też od razu rzuca się w oczy. Od dłuższego czasu, podobały mi się gresowe płytki przypominające deski i wiedziałam, że tutaj chcę je wykorzystać. Dobór odpowiedniego koloru i odcienia, był bardzo trudny, a nie chciałam, żeby moja kuchnia, była zlepkiem różnych przypadkowych odcieni drewna. Nie chciałam też, żeby wszystko było identyczne, bo to byłoby zbyt nudne i trudne do wykonania. Zależało mi na tym, żeby odcienie drewna były do siebie jak najbardziej podobne. Tak, aby np. podłoga nie wyglądała zbyt szaro, przy zbyt żółtym stole. Dlatego, to tonacja była bardzo ważna, za to mniej ważne było to, czy elementy drewniane będą jaśniejsze lub ciemniejsze.

Płytki nie kładzione przypadkowo
Bałam się, że kuchnia stanie się zbyt ciemna, gdy przy ciemnych granatowych szafkach, położę ciemną drewnopodobną podłogę, dlatego wiedziałam, że podłoga musi być trochę jaśniejsza niż stół. Chodziło mi też o to, żeby stół i podłoga się nie zlewały w jedną drewnopodobną masę. I dlatego, żeby stół nie zginął na tle podłogi, postanowiłam położyć płytki, w odwrotną stronę niż leży blat na stole. Tak położone płytki, miały nawiązywać do parapetu, który też idzie wzdłuż okna.
Na szczęście na koniec okazało się, że osiągnęłam efekt, o jaki mi chodziło. Podłoga bardzo mi się podoba, nie jest, ani za ciemna, ani za jasna. Pasuje mi też odcieniem. Lubię jej “sęki” i przebarwienia. Ale, żeby nie było tak łatwo, to powiem Wam, że położenie jej zabrało mi mnóstwo czasu. To znaczy, ja jej nie kładłam, bo kładł ją mój mąż. Ponieważ robił to po pracy, to codziennie był w stanie położyć, najwyżej jeden rządek. I tu właśnie ciężko się napracowałam, bo to co ja robiłam, nie było ani lekkie ani łatwe.
Codziennie, kiedy już można było wejść do kuchni, układałam na sucho kolejny rządek płytek. Potem mąż kładł je w takiej kolejności, w jakiej mu zostawiłam. Zależało mi na tym, żeby obok siebie, nie znajdowały się takie same płytki lub inne podobne wzory. Wymagało to wielu prób, a płytki są ciężkie, ale wiem, że było watro. Może dlatego, że płytki nie są kładzione przypadkowo, podłoga bardziej mi się podoba, to tak, jakbym sama ją zaprojektowała. Dodam tylko, że podłoga bardzo dobrze sprawdza się w użytkowaniu. Bałam się też, że gres będzie zimny, ale o dziwo jest bardzo przyjemny i lubią na nim leżeć moje zwierzęta.

Parapet wyglądający jak deska
I tak dotarliśmy do ostatniego ważnego, drewnianego elementu, którego wymagała moja kuchnia, czyli parapetu. Niby takie małe coś, a jednak istotne. Parapet również miał być ozdobą mojej kuchni. Wiedziałam, że będę na nim ustawiać różne drewniane i wiklinowe skrzyneczki i koszyczki, w których będę trzymać owoce, orzechy i cebulę. Specjalnie każdy koszyczek, czy pojemnik jest inny, bo o to mi chodziło, żeby kuchnia wyglądała trochę, jak ta na wsi z dawnych czasów.
Parapet, nie mógł być szeroki, bo nie otworzyłaby się szafka cargo obok okna. I to był w sumie jedyny wymóg, jeśli chodzi o parapet. Poza tym wiedziałam, że musi przypominać drewno i jak najbardziej pasować do podłogi. Tutaj było już łatwiej, bo zamawiając parapet, mogłam wziąć ze sobą kawałek płytki podłogowej i dopasować je do siebie. Uważam, że udało się to prawie idealnie i parapet wygląda naprawdę pięknie. Chociaż śmialiśmy się, że kupiliśmy po prostu drogą, starą deskę. Byłam zdziwiona, jak bardzo w strukturze i w dotyku parapet przypominał deskę. Cały czas zaskakują mnie materiały, wykorzystywane do produkcji imitacji poszczególnych struktur.

Drewniane dodatki w wiejskiej kuchni
W mojej lekko wiejskiej kuchni, drewno pełni ważną rolę. Pojawia się nie tylko w postaci blatu na stole, podłogi czy parapetu. Uważam, że drewno bardzo pasuje do kuchni w klimacie wiejskim i bardzo ją ociepla, zresztą dotyczy to chyba każdej kuchni. Dlatego do elementów, które już opisałam, muszę dodać jeszcze ukochane skrzynki na jabłka, które w mojej kuchni pełnią rolę półek. Bliżej możecie zobaczyć je też w moich wcześniejszych wpisach np. “Kuchenne zapiski, czyli karteczki i długopisy”.
Kiedy kupowałam skrzynki przez internet, poprosiłam sprzedawcę o te, z największą ilością sęków i przebarwień. Następnie przetarłam je delikatnie papierem ściernym, żeby usunąć największe drzazgi. Nie chciałam, żeby były gładziutkie i wyniuniane. Potem pomalowałam je olejem do drewna, który delikatnie je przyciemnił i wydobył z nich całe piękno, pogłębiając rysunek słoi. Bardzo lubię, gdy drewniane elementy mają sęki i słoje. Zwracałam na nie uwagę również, gdy wybierałam drewnianą kratkę do powieszenia moich doniczek z ziołami, którą też olejowałam. Kratka jest kolejnym drewnianym akcentem w mojej kuchni. Oprócz tego jasne blaty ocieplają, drewniane przybory kuchenne, których regularnie używam oraz drewniane deski do krojenia, które bardzo lubię i są zawsze pod ręką.
Specjalnie pociągnęłam temat drewna, chociaż miałam tylko opisać blaty i podłogę w mojej kuchni. Uznałam jednak, że skoro zahaczyłam już o drewnopodobne struktury, to opiszę resztę drewnianych elementów. Myślę, że wymieniłam już wszystkie, które pełnią funkcje ozdobne i użytkowe w mojej kuchni. Tak więc, do opisania zostaną mi tylko płytki ścienne i sprzęty kuchenne, ale to już następnym razem. Mam nadzieję, że Was to zainteresuje i będziecie chcieli to przeczytać. Skromnie przyznam, że na to liczę.
Ana

